piątek, 28 sierpnia 2009

W nocy z środy na czwartek sytuacja zrobiła się jeszcze bardziej poważna.Właściwie to zaczęło się około dziewiątej wieczorem w środę.Dobrze,że nie musiałem latac do latryny.Dobrze,że jako jeden z nielicznych miał wc w domu.Budziłem sie co dwie,trzy godziny i do ubikacji.Górą i dołem.Masakra.W czwartek nie byłem w stanie pracowac.Daniel chciał pobrac mi krew,sprawdzic czy to salmonella.Ja myślałem o amebie lub zatruciu pokarmowym.Ale było mi wszystko jedno która z tych możliwości była prawdziwa.Brałem swoje leki na wszystkie te przypadłości.
A było tak,że poszedłem do jadłodajni.Robiłemtak czasami gdy nie gotowałem w domu.Chodziłem tylko do tej jednej.Nigdy mi nic nie było.Ale teraz jest tu trochę inaczej.Ponieważ ludzie nie mają pieniędzy,więc okazuje się,że szykują za dużo jedzenia,a gdy okazuje się,że coś zostaje,to zamiast zagotowac jeszcze raz,tylko podgrzewają.A że gotują na drewnie...Z drewnem też problemy.
Dziś już jest lepiej.Pracowaliśmy.

Zostałem spisany w powszechnym spisie Kenijczyków.

Światło włączają coraz później.Zamiast o szóstej pojawia się około siódmej wieczorem gdy już całkiem ciemno.

Zaczynam czuc,że to już tylko kilka dni do powrotu do domu....

środa, 26 sierpnia 2009

Sytuacja robi się dośc poważna.Daniel i Julies pozakładali tutejsze zimowe kurtki.Czyli takie jakie my nosimy w połowie naszej jesieni.Do tego podkoszulki,koszule z długimi rękawami,grube spodnie.
Julies miał niedawno malarię,Daniel zaszyna kaszlec.Daję mu lekarstwa.Wydają się pomagac.Problem w tym,że nocą wysuwa się spod koca...
Ja w swetrze,a pod nim koszula z krótkim rękawem.
W dodatku dziś w nocy i w dzień padał dzeszcz.Już zapomniałem jak to wygląda.Niebo pełne ciężkich chmur.Szaro i ponuro.

Do niedawna Kisasi było cichym i spokojnym miejscem zagubionym na bezdrożach Kenii.Ale wszystko się zmienia.W ciągu ostatnich trzech miesięcy było kilka napadów rabunkowych,zamordowano dwie osoby.A wczoraj była w okolicy strzelanina.Policja goniła...Są dwie wersje kogo.Według jednej byli to somalijscy handlarze kością słoniową.Wzieli jednego zakładnika by poprowadził ich bocznymi drogami tak by ominąc policyjne blokady.Potem zostawili go związanego w samochodzie z amunicją na szyi.Policja zastrzeliła go bez wahania myśląc,że to jeden z handlarzy.Druga wersja dotyczy przemytników ludzi.Policja miała ich w końcu złapac.

Sytuacja robi się coraz poważniejsza,ale życie toczy się normalnie.
A ja już niedługo będę w domu.

wtorek, 25 sierpnia 2009

Jestem zawiedziony.Podwójnie zawiedziony.
Keziah przyjedzie dopiero w pierwszą sobotę września.Musi iśc z synem na okresowe badania kontrolne.A ja nie mogę tu na nią zaczekac.Chciałem byc w Nairobi ostatniego dnia sierpnia.Mam do załatwienia kilka spraw,muszę spotkac się z paroma osobami.A okazuje się,że muszę tu zostac dłużej niż planowałem.W Nairobi będę wszystko załatwiac w ogromnym pośpiechu.W dodatku mieszkanie cały miesiąc stoi puste,a zapłacic muszę.
A drugi powód zawiedzenia....Dziś i wczoraj był tu powszechny spis ludności.Mieli więc spisac i mnie.
Nie przyszli.Czy to oznacza,że jest jak zwykle?Że chcieli dobrze a wyszło jak zwykle?

Moja potrzeba pisania znowu jest niewielka.Ostatnio bardziej pociąga mnie robienie zdjęc.Kilka lat temu zrobiłem tu w ciągu trzech miesięcy około dwóch tysięcy zdjęc.Teraz aparat miesiącami kurzył się w szafie w Nairobi.
Ale wszystko się zmienia.Tak jak i klimat.Sierpień miał byc najgorętszym miesiącem roku,a okazuje się,że tzreba koszule z długim rękawem założyc,o swetrze sobie przypomniec.No zima jest w pełni.
No więc wszystko się zmienia.Więc odkurzyłem seój aparat fotograficzny.Razem z Julesem,tłumaczem moim z angielskiego na kikamba,poszliśmy nad rzekę Nzilu.Większośc pacjentów pije wodę z tej rzeki.Bez odkażania,bez gotowania.Niektórym nie szkodzi.Ani salmonellozy,ani ameby.Chciałem zobaczyc jak wygląda afrykańska rzeka po siedmiomiesięcznej suszy.Zobaczyłem.Ale nie będę teraz opisywac tego co zobaczyłem.Później.Razem ze zdjęciami.
Zacząłem fotografowac Kisasi.Zacząłem fotorafofac też pacjentów.Na ogół nawet nie musę pytac ich o zgodę.Wiem,że nigdy nie będę jednym z nich,ale traktują mnie przyjaźnie.Więc zgoda jest jakby domniemana.Byłem jednak zdziwiony,gdy kilkoro z nich zgodziło się na zdjęcia pod warunkiem otrzymania odbitki.Prawie nikt nic nie chciał.
W ostatnią sobotę przed wyjazdem z Kisasi będę robic zdjęcia w czymś w rodzaju knajpy,w której ponoc tańcują,ale głównie piją miejscowy bimber,piwo nazywane tu karubu.A woda używana do jego wyrobu też prosto z rzeki Nzilu jest brana.Wielu bywalców to moi podopieczni.
Właściciel już wie,że przyjdę.

A jednak jeszcze nie czuję,że za chwilę dę w domu.A może mój dom już jest tutaj?
Wiem,że będę tęsknic za tymi brązami,odcieniami czarnego z grafitowym połyskiem,za....No nie wiem jak to powiedziec.Więc niech będzie po hiszpańsku: piel morena.

niedziela, 9 sierpnia 2009

7 sierpnia w moim wiejskim domku i gabinecie w Kisasi pojawił się prąd.A wraz z nim internet.
W połowie lipca Keziah urodziła syna.Mam nadzieję,że pod koniec sierpnia zastąpi mnie tutaj a ja będę mógł na jakiś czas pojechac do domu.
Od siedmiu miesięcy nie padał deszcz.Woda ciągle leci z kranu bo studnia jest wywiercona pod dnem rzeki Nzilu.Okoliczni mieszkańcy piją wodę prosto z rzeki.Mają amebę lub salmonellozę.Ja mam szczęście.Woda z kranu jest czymś odkażana.Ale ja i tak nie piję jej jeśli nie jest jeszcze przegotowana.W Nairobi wody brakuje conajmniej od lutego.Jest racjonowana.Czasami pojawia się na parterze.Podobnie jest z prądem Do tej pory wyłączano go co trzy dni pomiędzy szóstą rano a szóstą wieczorem.Teraz wyłączc będą co dwa dni.Prąd pochodzi głównie z elektrowni wodnych.
Tę samą wodę używam co najmniej dwukrotnie.
Nic już tu nie będzie takie samo.
Ja już nie jestem taki sam.

Żeby przyjechac do Kenii nie potrzeba żądnych szczepień obowiązkowych.Wizę kupuje się na lotnisku w Nairobi za 25 dolarów.Dojechac tu można już za 1700 zł w obie strony.

Pacjenci nie tylko nie znają swojej grupy krwi.Często nie wiedzą ile mają lat.Niektórzy mają w dowodzie po prostu wpisane,że mają więcej niż osiemnaście.Miałem pacjentkę.Powiedziała,że ma 22 lata i trójkę dzieci.Z ciekawości zapytałem ile lat ma najstarsze.Odpowiedziała,że trzynaście.
Obiecała przynieśc swój dowód osobisty.
Nie wiedzą ile mają lat,ale zawsze wiedzą ile mają dzieci.41-letni mężczyzna ma ich siedmioro.52 letnia kobieta-czternaścioro.Rodziny z dwójką dzieci to ogromna rzadkośc.

wtorek, 12 maja 2009

Tracę niektórych znajomych.Odmawiam dawania pieniędzy.W takim wyciąganiu celują zwłaszcza tutejsze dziewczyny.Uważają,że powinienem im dawac pieniądze,bo mówią mi,że są moimi przyjaciółmi.Jeden z Kenijskich znajomych,mężczyzna,nazywa je wprost wysysaczami.Niektóre gotowe są nawet pójśc do łóżka,byle dostac kilka szylingów.I robą to nawet wtedy gdy są mężatkami.Nie mają oporów ani wstydu.
Od tygodnia czeka na mnie na poczcie paczka z lekarstwami.Od tygodnia nie mogę jej odebrac,bo nie pojawia się człowiek odpowiedzialny za sprawdzenie czy leki te mogą wjechac na teren Kenii.Do tej pory nie było z tym problemu.Właściwy człowiek przychodził dwa razy w tygodniu,we wtorki i czwartki.Ale w ubiegłym tygodniu coś się zmieniło i był on tylko raz,w środę.
A w Kisasi Keziah nie ma już niektórych leków,w dodatku za chwilę ma zostac szczęśliwą mamą.I myśli już o tym by wrócic do Nairobi,by poród nie zastał jej w Kisasi.Szpitale położnicze to w Kenii jedna wielka katastrofa.Śmiertelnośc noworodków ogromna.Pracownicy tutejszej służby zdrowia tak są zajęci walką o swoje prawa,że nie mają czasu dla pacjentów.Byłem w jednym z ośrodków zdrowia w mieście Githonguri.Jeden lekarz na dziesięc tysięcy mieszkańców.A warunki w tym ośrodku takie,że chyba u nas sanepid nie dopuścił by do otwarcia takiej placówki.

sobota, 9 maja 2009

Od lutego mam tu w Nairobi kłopoty z wodą.Susza nadzwyczajna.Dziś woda zniknęła całkowicie.Mam niewielki zapas wody do picia.Muszę ją jednak najpierw zagotowac.Mamy nadzieję,że od czasu do czasu woda będzie się pojawiac w kranie na zewnątrz budynku.Będą wtedy kolejki z wielkimi baniakami.

Pan Nyaga wrócił do domu.Na początek zwymyślał żonę od prostytutek.Wywalił dziurę w drzwiach od jednego z pokoi.O północy kazał się wynosic z domu żonie i dzieciom.Twierdzi,że dzieci nie są jego.

Istotą tego bloga ma byc opowieśc o tym jak ludzie odchudzają się .
W Kenii jest ogromna liczba osób nie tylko z nadwagą,ale wręcz otyłych.Mogłoby się wręcz wydawac,że to doskonałe miejsce do tego by pokazywac konsekwencje płynące z otyłości.
Nic bardziej złudnego.
Jak mam w Kisasi opowiadac obiałku,tłuszczu czy węglowodanach gdy ludzie tu mieszkający nie wiedzą o czym do nich mówię.Od dawien dawna jedzą głównie węglowodany (mąka kukurydziana,pszenna,cukier... ),piją ogromne ilości mleka krowiego.Gdy mówię im,że to trucizna,robią wielkie oczy,kiwają ze zdziwienia głowami.Mówię im,że cukier i picie kolorowych napojów gazowanych to też gwałt na naszych organizmach.Zachowują się tak samo.W dodatku hodowla krów i sprzedaż mleka to jedno z głównych źródeł ich dochodu.
Pewnie naukę o odchudzaniu należałoby zacząc od podania wiedzy o odżywianiu wogóle.Ale jak taką wiedzę im przekazac gdy znakomita większośc z nich nie potrafi pisac ani czytac.Na torebkach z lekarstwami malujemy krzyżyki mówiąc np,że taki krzyżyk oznacza koniecznośc przyjęcia tego leku wieczorem.
Może więc odchudzanie w Kenii to najpierw nauka czytania i pisania.

środa, 6 maja 2009

Tuż przed przyjazdem do Nairobi zwolniłem Nancy,tłumaczkę.Nie miała dobrego stosunku do pacjentów.Zwłaszcza do tych starszych.Denerwowała się gdy nie odpowiadali na pytania,tylko skupiali się na swojich dolegliwościach,podnosiła głos,stawała się niegrzeczna.Gdy dzwonił jej telefon bez słowa przerywała tłumaczenie i szła rozmawiac.Stwierdziła,że dzwonił jej ojciec,że to on płacił za rozmowę a jej trzdycja i kultura nie pozwala na poproszenie go by zadzwonił później.Nie rozumiała o czym do niej mówię,gdy przypominałem jej,że jest w pracy.Rzucała mi w twarz,że przeżyje i beze mnie,że przeżyła gdy nie pracowała.No więc teraz ma okazję by sobie to udowodnic.Jednak w ostatniej chwili prosiła bym nie zwalniał jej.Od kilku dni jest z nami Julius.Niebo a ziemia.Uśmiecha się,umie rozmawiac z ludźmi starszymi.Nie twierdzi,tak jak Nancy,że pacjenci to wielki problem bo na zadane dwa razy to samo pytanie dają dwie przeciwstawne odpowiedzi.

-Każdy Kenijczykmusi byc bity-powiada Pan Nyaga,skubiąc i głaszcząc swoją kozią bródkę.Pewnie w myśl tej zasady matka wyprowadziła dziecko z kościoła i najzwyczajniej w świecie dała mu ręką po twarzy.Powtórzyła to kilkakrotnie.Dzieciak zalał się łzami,ale ją to nie wzruszyło.A potem jakby nigdy nic wróciła z nim do kościoła i śpiewała piosenki.Na porządku dziennym jest bicie rózgą.Karę wymierzał kierownik szkoły podstawowej.
Pan Nyaga wie co mówi.Sam jest nauczycielem a oprócz tego właścicielem prywatnej szkoły podstawowej.On też stosuje ręczne metody wychowawcze.
Dziś to pewnie Pan Nyaga jest bity.Przez policjantów.Pan Nyaga został aresztowany za to,że pożyczył od wielu osób w sumie około 800000 szylingów i nie zamierza ich oddac.Jakiś czas temu uciekł ze szkoły w czasie lekcji gdy zorientował się,że idzie po niego policja.Przez kilka dni ukrywał się.Potem obiecał,że będzie oddawał dług.Ale kilka dni temu widziałem dwóch smutnych panów.Potem Kisunze opowiadał Danielowi,że Nyaga już w więzieniu.
A policja bije tu bezlitośnie.Nie waha się przed strzelaniem na ulicy do gangsterów,nawet jeśli tościsłe centrum miasta a ulice pełne ludzi.Nairobi robi się coraz bardziej niebezpieczne.W ostatnim czasie takich strzelanin było kilka.

N. zabrało to dwa dni.D. potrzebowała dwóch godzin.Innej D.wystarczyło kilka minut.Różne dziewczyny z różnych ludów.A łączy je miłośc do mnie.Wszystkie mi się oświadczyły.Jedna powiedziała bardzo szczerze.-Wprowadzę się do Ciebie z moim synem.Będę z Tobą w jednym pokoju,w jednym łóżku.Mojemu synowi dasz drugi pokój,zapewnisz mu dobrą szkołe.Ty będziesz się relaksowac,serfowac po internecie.Kupisz mi krem do skóry.Ja będę sprzątac i gotowac.Będzie nam dobrze w nocy.-Ale ja mam żonę w Polsce-wspominam nieśmiało.-to nic,ona jest tam a ja tu.
Poligamia jest w Kenii dośc powszechna.Bardzo wielu Kenijczyków ma więcej niż jedną żonę.I to całkiem legalnie.Zawarli tradycyjny związek małżeski,zapłacili za swoje żony odpowiednią ilośc krów,byków i kóz.I żona jest od teraz ich własnością.Dosłownie.

niedziela, 3 maja 2009

Kilka myśli zaczętych i niedokończonych...
Właściwie to miałem szczęście,że Peter nie został moim laborantem.Szkoła,którą skończył nie ma najlepszej opinii a jego oceny nie należały do njlepszych.Jednakwtedy byłem w nie lada kłopocie choc nie zdawałem sobie z tego sprawy.Pomógł jakzwykle przypadek.O moim pechu dowiedział się
właścicel wynajmowanego przez nas domu.Okazało się,że zna nauczyciela ze szkoły dla laborantów.W dodatku absolwenci tej szkoły mają dyplomy pozwalające im na pracę w każdym szpitalu.Na moje szczęście,w Kenii jest dużo bezrobotnych techników laboratoryjnych.
Pan Kiema (właściciel domu )dałmi kilka numerów do tegorocznych absolwentów.W dodatku znających język kikamba.Obdzwoniliśmy z Keziah wszystkich.Nikt nie chciał przyjąc mojej propozycji.Ze na wsi,że pensja za niska.Albo,że mają już inną pracę.Na szczęście jedna z tych osób po której z kolei rozmowie postanowiła jeszcze raz rozważyc moją ofertę.I ku mojemu zdziwieniu Daniel postanowił odrzucic inną pracę i przyjechac do Kisasi.Potem dowiedziałem się,że miał pracowac w jakiejś prywatnej szkole jako nauczyciel chemii i biologii,ale że bardzo fascynuje go biochemia,to choc proponowana mu pensja nie spełnia jego oczekiwań,to postanowił przyjąc moją ofertę.Obiecałem mu,że w miarę rozwoju gabinetu jego pensja będzie rosła.Wygląda na to,że w maju dostanie tyle ile chciał w styczniu.A ja cieszę się,bo mam dobrego pracownika.I, co tu niezwykle istotne,nie muszę go pilnowac w sprawach finansowych.A ranga gabinetu wzrosła dzięki dyplomowi jaki uzyskał kończąc swoją szkołe.
Jednak nie był to koniec moich kłopotów z Peterem.Kiedy rozmawialiśmy o warunkach współpracy poprosiłem go by predstawił mi listę wszystkiego co jest niezbędne do tego by laboratorium mogło pracowac.Napisał mi listę składającą się z dziesięciu punktów.Wyglądało na to,że wedle jego koncepcji w laboratorium nie jest potrzebny mikroskop.Nie było go na jego liście.
Kiedy zwróciłem mu na to uwagę stwierdził,że to przecież oczywiste,że mikroskop jest niezbędny.
Na moje naleganie dopisał jeszcze dziesięc punktów.Potem okazałosię,że w momencie zwolnienia domagał się zapłaty za wysiłek włożony w napisanie tych dwudziestu punktów.Groził nawet policją,jeśli nie dammu dwustu szylingów.Cała ta sytuacja miała jednakswoje dobre strony.Albowiem pan Kiema zaprowadził mnie do wszelkich możliwych miejscowych oficjeli z policją włącznie.Poznałem też rządowych przedstawicieli dystryktu na terenie którego znajduje się nasz gabinet.Powiedziano mi,że to wszystko po to bym był chroniony przed takimi jak Peter.
Dziś jest tak,że z każdym miesiącem mamy coraz więcej pacjentów.Teraz ponad stu miesięcznie.I około 200 testów laboratoryjnych.Najmłodszy pacjent ma pięc miesięcy a najstarszy ponad sto lat.A pacjenci przyjeżdżają z odległości kilkudziesięciu kilometrów.Bardzo się cieszymy,że mają do nas takie zaufanie.
Na chwilę znowu wróciłem z innego świata.
W Kisasi jest pora deszczowa.A to oznacza,że po raz drugi w tym roku była w nocy potężna ulewa.Padało przez kilka godzin.Zrobiło się nawet dośc zimno.W nocy trzeba się nakryc prześcieradłem.Zlatują się moskity.Coraz więcej pacjentów z malarią.Na szczęście z tym radzimy sobie bardzo dobrze.Jednak pod warunkiem,że pacjenci będą spac pod moskitierą nasącząna środkiem moskitobójczym.Zwykle jednak nie zawsze tak jest.
Życie bez wody jest trudniejsze niz życie bez prądu.Kiedy codziennie jest ponad trzydzieści stopni,w powietrzu unoszą się kilogramy kurzu,skóra pokrywa się potem nie do usunięcia.Na szczęście wody mam pod dostatkiem.Nie mogę tylko pojąc dlaczego nie zbierają tu wody deszczowej.
Przepis na lodówkę bez prądu.Skłądniki:słoik z zakrętką lub plastykowe pudełko z przykrywką,wata i denaturat.Słoik wykładamy watą,skrapiamy ją denaturatem.Na mokrą watę kładziemy np oddczyniki potrzebne w moim laboratorium wymagające przechowywania w niskich temperaturach.Wszystko nakrywamy dokłądnie watą i znowu skrapaiamy denaturatem.Zakręcamy słiok.Trzeba tylko pamiętac by codziennie sprawdzac czy wata jest wilgotna i w razie czego znowu pokropic denaturatem.Ale to już zajęcie dla mojego technika laboratoryjnego.I on tego pilnuje.Inaczej musi sam zapłacic za zmarnowane odczynniki.
Do Kisasi dotarł prąd.Widziano tego gościa w jednym ze sklepów.Jest więc nadzieja,że zawita także do naszego gabinetu.

sobota, 11 kwietnia 2009




To powszechny tu sposób prewożenia i sprzedawania nie tylko owoców,ale wszystkiego co się da przewieźc i sprzedac




To Tito Odonera i Gachoki Rugoiyo.Jedni z pierwszych,których poznałem na Starym Mieście M
ombasy.Właściciele niewielkiego sklepiku z obrazami i innymi przedmiotami artystycznymi własnej produkcji.Czasami mają wykłady o sztuce w kilku szkołach.On,Tito,jest Japończykiem po ojcu i człowiekiem plemienia Kikuju po matce.Najpierw miał swoją galerię w Nairobi,ale ze względu na chorobę jego ojca przenieśli się do Mombasy.Ona,Gachoki...Kurcze,właściwie nic o niej nie wiem...Cicha i spokojna,tak jak i Titi malująca obrazy....Muszę nadrobic braki.Chyba zaprzyjaźniłem się z nimi,razem sprzedawaliśmy ich wyroby...












Domy na Starym Mieście są dosyc stare i zapuszczone.Ale ich właścicielom nawetnie chce się
nimi zajmowac.Zajmuje ich handel ropą,towarami sprowadzanymi z Dubaju,Arabii Saudyjskiej i innych krajów tamtego regionu.Są na tyle bogaci,że nie martwią się upadkiem swoich domów,które zwykle wynajmują.Po prostu zburzą te i postawią nowe,ale te nowe nie maja już w sobie nic z magii.To domy jakie można spotkac prawie wszędzie.




To jedno z wejśc do starej części miasta. Niektórzy nazywają tę ulicę Vasco da Gama, choc on nigdy tu nie był. Podobno był tu jego syn.


Pozachwycajmy się więc jeszcze trochę,nim pokażę inne strony duszy Kenii...
Jeszcze na chwilę do innego świata.Na wybrzeże.Do świata Islamu. Mombasa.Miejsce magiczne.
Jeszcze na chwilę do innego świata.Na wybrzeże.Do świata Islamu.






Mombasa to dla mnie ciągle jedno z tych miejsc najpiękniejszych w calej Kenii. Pomimo zgiełku jaki panuje na DIGO ROAD, głównej ulicy miasta, jest tu spokój i poczucie bezpieczeństwa. Zupełnie inaczej niż w Nairobi można chodzic spokojnie po ulicach nawet po zapadnięciu zmierzchu.
Jednak wkrótce muszę opuścic ten świat....
Pokażę więc Wam jak wygląda Stare Miasto w Mombasie. Tu najbardziej lubiłem przychodzic, to tu miał się przrchadzac ten gruby Murzyn. A różnych zaułków i tawern jest tu trochę.
Kenia potrafi zachwycic.Urzeka swoimi krajobrazami,chodzącymi na wolności milionami dzikich zwierząt,nieudawaną( niekiedy ) gościnnością Kenijczyków...
Kenia potrafi rzucic na kolana,przydeptac do Ziemi...I robi to z uśmiechem na twarzy,z nieskrywaną satysfakcją.
Zbieram okruchy wspomnień.Z miejsc różnych.
Byłem już nad kilkoma oceanami. Atlantyk, Pacyfik. Teraz Ocean Indyjski. Wszystkie wywoływały we mnie uczucie nostalgii, będąc jednocześnie pełne różnych obietnic. I był to taki stan, gdy nie wiedziałem, czy dopiero co przyjechałem, czy właśnie wyjeżdżałem, nie mogąc znaleźć swojego miejsca.









Te zdjęcia to widok Oceanu Indyjskiego widzianego z Mombasy. W ogóle się tam nie wybierałem. Wszystkim znajomym mówiłem, że nie mam tam po co jechać. To nie mój świat. Nie jestem z tych co lubią wylegiwanie się na plaży. Mówiłem: Ja sam mieszkam nad morzem, ale nawet nie pytajcie mnie jak ono wygląda, bo nie wiem.
A jednak na koniec mojego pobytu w Kenii pojechałem do Mombasy. Pretekstem miało być zobaczenie Starego Miasta i Fort Jesus. Zostało mi kilka dni, z którymi nie miałem co zrobić.
A każdy pretekst był dobry by wyjechać choć na kilka dni z Nairobi. Pojechałem. Nocnym
pospiesznym. Lunatic Express. Pomyślałem sobie, że właśnie tak musiał wyglądać Orient Express w czasach gdy Poirot szukał w nim mordercy. Kelnerzy w białych uniformach, na stole dla każdego po dwie łyżki, dwa noże i widelce, dania na kilku talerzach, desery i przekąski... tyle, że ubrania kelnerów dawno już nie spotkały się z pralką, oni sami gubili się przy układaniu sztućców. Buntowały się nawet wentylatory. Sprawne były chyba tylko moskitiery w oknach pociągu. Dawnej atmosfery smak. Posmak wielkiego świata angielskich kolonistów. A w wagonach trzeciej klasy ludzie biegiem zajmujący miejsca siedzące...
Mombasa... Powiew świata arabskiego. Na ulicach ogromne ilości muzułmanów... Kobiety,którym widać tylk
o oczy. Które pod tradycyjnym strojem mają dżinsy i współczesne bluzki. Piękne kobiety. Świat różny od tego w Nairobi czy reszcie Kenii.
Zaczynało mi się wydawać, że pochodzę właśnie stąd. Jakbym był tu od zawsze. Rano czai,
mandazi i samosa. Na obiad ryba,frytki i sok z pomarańczy. Betel przed kolacją... W Fort Jesus jest ślad polski. Tablica upamiętniająca pobyt tu polskich rodzin i żołnierzy w latach 1942 do 1947. Ale bywali tu i wojownicy z Omanu, Portugalii i kilku jeszcze krajów. W pijalni soków spotykam potomka żołnierza z Omanu, który zginął /ten żołnierz/ z rąk Portugalczyków. Ze sprzedawcą soków rozmawiamy, jakbyśmy się znali od stuleci... Sok z mango, z passion fruit, z arbuza... I powtórka.
A kiedy usiadłem na tych połamanych, betonowych ławkach, już wiedziałem.
Właśnie przyjechałem i zostanę tu na długo. I nie zmienia tego nawet to, że za niedługą chwilę musiałem opuścić to miejsce. Oceany postanowiły spełnić swoje obietnice.
Related Posts Widget for Blogs by LinkWithin